Zanim jednak
opisze miejsce, w którym się zaszyliśmy, kilka słów na temat drogi przez Kolumbię.
Naszą trasę
planowaliśmy następująco: granica – Pasto – Mocoa – Neiva – Bogota. Droga
wiedzie przez góry i dżunglę. Jest bardzo malownicza i piękna. Niestety…
Będąc na granicy
w odprawie celnej zaczęliśmy wypytywać funkcjonariusza Aduany o stan dróg. Okazało się, że nie to ma
największe znaczenie, a bezpieczeństwo… Otóż 8 dni wcześniej na tamtym szlaku
porwano dwójkę Niemców. Trasa bowiem jest rzadko uczęszczana – nie odbywa się
na niej ruch tranzytowy i od pewnego czasu ZNÓW jest w tamtym regionie
niebezpiecznie.
Znów, bowiem
Kolumbia w ostatniej dekadzie bardzo się zmieniała. Na prezydenta kraju został
wybrany Alvaro Uribe Velez, który zaczął mocno reformować państwo. Zepchnął
kartele narkotykowe w stronę Panamy i Wenezueli uwalniając znaczną część kraju od
kokainy. Kolumbia stała się bezpieczniejsza, dlatego też turystycznie bardziej
atrakcyjna. Jednak na kolejną kadencję ów prezydent nie został wybrany. Zyski z
turystyki bowiem nie są tak duże jak z dragów. Z kokainy w tym państwie
utrzymuje się wiele ludzi, a w wyborach jak wiadomo decyduje większość… i tak
nowym, aktualnym prezydentem jest Huan Manuel Santoz, który jak przyznaje
większość ludzi z którymi rozmawialiśmy – w tym gro policjantów (co nieco nas
zaskoczyło, że mówią o tym tak otwarcie), że powoli zaczynają być przywracane
stare porządki.
Polecono nam,
byśmy pojechali Panamericaną. Największą i najlepiej pilnowaną drogą w kraju.
Mieliśmy różne wyobrażenia, dotyczące ów strzeżonej drogi, jednak rzeczywistość
przerosła wszelkie oczekiwania. Na odcinku Pasto-Popayan żołnierze stali na
każdym dużym moście. Później, między Popayan – Cali – Armenią żołnierze stali w
zależności od odcinka, między co 5, 15 a 30 km. I nie chodzi o to, że chłopaki
stali w ciuchach moro. Nie. Każdy miał hełm i każdy miał karabin z lufą dłuższą
niż przeciętne nogi Kolumbijek. Były też zbudowane stanowiska strzelnicze. Hmm…
Chcieliśmy sobie
nawet zrobić pamiątkowe zdjęcie z chłopakami, ale byli nie śmiali, więc
odmówili pozowania :(
Przejeżdżając
obok każdego takiego posterunku wyciągali oni dłoń z kciukiem uniesionym do
góry. Do dziś zastanawiamy się czy to był gest poparcia naszej formy
podróżowania czy może raczej znak, że dziś droga powinna być bezpieczna.
Codziennie
mieliśmy też przynajmniej jedną kontrolę policyjną. Nie zawsze kazali wyjmować
dokumenty (interesuje ich papier z aduany i SOAT-ubezpieczenie), jednak pytają
się dokąd i skąd się jedzie. Ogólnie są bardzo mili i nieskorumpowani. Naszym
zdaniem raczej są szczęśliwi, że pomimo fatalnej opinii na świecie, jaką ma
Kolumbia, są ludzie gotowi zaryzykować i przyjechać tu na wakacje.
Czuliśmy się naprawdę bezpiecznie na tej trasie i nie mieliśmy ani jednej
stresującej sytuacji / nawet wtedy gdy Rafał złapał gumę w wiosce w dżungli w
której nie było chyba ani jednego białego człowieka. Wręcz przeciwnie, ludzie
byli bardzo sympatyczni i pomocni. Chyba więc nie można myśleć stereotypowo….
Ach no i od Cali do Medellin jest piękna trzypasmowa autostrada. Widać
biznes narkotykowy, który świetnie prosperował od lat 70’ do początku XXI wieku
między tymi miastami wpłynął mocno na infrastrukturę. Droga do Bogoty bowiem ma tylko jeden pas i to
bez pobocza :)
No więc…
palcem po mapie
znaleźliśmy Salento. Miejscowość położona jest 20 km od dużej, nieciekawej aglomeracji – Armenii, na trasie Cali-Bogota.
Swój namiot rozbiliśmy
na kawałku milo miękkiej trawy z widokiem na dolinę. Właśnie przestało padać,
więc wszystko parowało i wyglądało magicznie.
Tak na
marginesie, jakby ktoś z fanaberii miał ochotę na urlop w Kolumbii z dala od
wszystkiego, a nie ma zbyt wiele pieniędzy, to to miejsce jest idealne. Można bowiem
zostać ‘’wolontariuszem’’ – pomagając w funkcjonowaniu hostelu i restauracji na
terenie. Praca nie wymaga właściwie niczego poza przebywaniem na terenie ośrodka.
Spanie jest absolutnie za darmo, a jeśli ‘’wolontariusz’’ zakwateruje się w
namiocie to jeszcze go nakarmią – śniadaniem i pyszną obiadokolacją. Jedyny
warunek – minimum dwa tygodnie.
Ach no i jeśli ktoś potrzebuje podszlifować angielski to zdecydowanie mu się to uda. Miejsce jest bardzo popularne wśród Amerykanów, co jak się domyślacie… może być i zaleta i wada. Mamy bowiem takie spostrzeżenie, ze w dużych grupach są oni dość męczący na dłuższą metę…
Ach no i jeśli ktoś potrzebuje podszlifować angielski to zdecydowanie mu się to uda. Miejsce jest bardzo popularne wśród Amerykanów, co jak się domyślacie… może być i zaleta i wada. Mamy bowiem takie spostrzeżenie, ze w dużych grupach są oni dość męczący na dłuższą metę…
Przez pierwsze
dwa dni pogoda była bardzo zmienna z przewagą chmur i deszczu. Przebimbalismy
więc ten czas w hamakach czytając książki, gadając z innymi i wspominając poszczególne
etapy naszego wyjazdu.
Trzeciego dnia o
7 z minutami obudziło nas w namiocie słońce! NARESZCIE piękne bezchmurne niebo.
Nie mogliśmy nie wykorzystać tej aury… Pojechaliśmy do Parku Narodowego ………..gdzie
łaziliśmy po górach bite 8 godzin. Po dłuższej przerwie nasze organizmy sobie
przypomniały, co to wysiłek fizyczny. Na podejściu sapaliśmy z Gryszem jak stare
dziadki. Tyłki nam niby nie urosły od siedzenia na motorach podczas tej podróży,
ale forma wyraźnie spadla. Trzeba będzie zacząć biegać po powrocie :)
Ale ja nie o tym
W Parku rosną
jedne z najwyższych palm na świecie. Widok strzelistych pni, na porośniętych
trawą wzgórzach, na tle gór trochę nas zaskoczył. Palmy bowiem zawsze kojarzyły
nam się z wybrzeżem i lazurową wodą, a nie ze scenerią górską i 2’500 m n.p.m.!
2 komentarze:
Historia sie juz skonczyla, ale czekamy na dokonczenie opowiesci na blogu. Niestety, im dluzej sie odklada tym trudniej sie wziac do napisania czegos co sie juz skonczylo jakis czas temu...
Pozdr!
Prześlij komentarz