Po ciężkim dniu
jazdy dotarliśmy… Choć w sumie południowy odcinek peruwiańskiej Panamericany
był dla nas czymś nowym. Zamiast gór – ocean, zamiast krzaków – pustynia. Na
niektórych odcinkach asfalt położono dosłownie na plaży. O dziwo – nie było
wcale gorąco – około 25 stopni – ale to zaleta zimnego prądu Humboldta. Dzięki
niemu właśnie klimat jest tu zupełnie inny niż po drugiej stronie Andów
Już od
przedmieścia bił spokój, czystość, zieleń no i szum fal…
Okazało się, że
Paracas jest mekką surferów i kite surfurów i że właśnie teraz jest tu
najlepszy wiatr :)
Całkiem
przypadkiem znaleźliśmy też najlepszy hostel w promieniu przynajmniej 100 km.
Świetne pokoje, hamaki rozwieszone w cieniu, kuchnia do dyspozycji, pralnia,
leżaczki przed drzwiami i do tego tanio! Najważniejszym jednak czynnikiem
przyciągającym jest Alberto. Właściciel Hostel BACKPACERS. Facet w wieku
naszych rodziców przez wiele lat pracował w czterogwiazdkowym hotelu na
wybrzeżu, a potem i w Cusco. Po trzęsieniu ziemi w 2007 roku w rejonie Pisco –
Paracas sprowadził się tu, by wspólnymi siłami z trzecią żoną(!!) zbudować miejsce,
osiągalne dla kieszeni takiej jak nasza. Średnia cena pokoju w hostelu w
mieście to 80/100 soli . My zapłaciliśmy 40 soli… Poza tym to jeden z tych
ludzi dla którego nie ma problemów nie do rozwiązania. Motocykle, hmm – „nie
mamy patio ani garażu, ale tu pod schodami się zmieszczą… ooo tu przesuniemy
stoły i będzie w porządku”.
Parze Hiszpanów
nie działała ani jedna karta płatnicza… no problem! policzył ich mniej,
zapłacili ile mieli, „resztę zapłaćcie po powrocie do kraju przelewem”.
Nieoficjalnie nayzwane „Galapagos dla ubogich”, bo zaplaciliśmy po
30 zł od osoby za wycieczkę :)
WARTO BYŁO!
Innymi słowy
bardzo polecamy ten zakątek Peru. Autobusy z Limy dojeżdżają do Paracas za
dwadzieściapare zł w około 3 godziny. Tak blisko od 8 milionowego miasta, a
człowiek czuje się jak na końcu świata :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz